poniedziałek, września 29, 2008

Weekend w Malborku



Koniec września rozpieścił nas jeszcze odrobiną dobrego, pogodnego humoru. Promyki słońca przedzierające się przez złociste liście drzew działały kojaco na ciało, duszę i dobry nastrój! Nawet zepsuta pralka, z którą Piotrek męczył się kilka dni, w końcu dała się naprawić:)Poczciwa praleczka! Działa jak nowa! Zasługa Piotrka jak nic!
Codziennie uczymy się czegoś nowego. Dziś jest to naprawa pralki, jutro macierzyństwo... Dlaczego o macierzyństwie?! A bo byliśmy w weekend u kuzyna Kasi - Andrzeja w Malborku. Andrzej mieszka wraz ze swoją całkiem świeżo upieczoną żoną Martą( w grudniu 2007 wzięli ślub) i zupełnie świeżo narodzonym synkiem-Antosiem(skończył dziś 3 miesiące).
Mały Antoś to prawdziwie cudowne stworzenie. I pomyśleć, że kobieta nosi maleństwo przez te 9 miesięcy w brzuszku, i potem pojawia się ono na świecie, patrzy na Ciebie tymi małymi oczkami, macha tymi malenkimi rączkami, i robi gigantyczne kupy :)

Mały Antoś nas zauroczył, ale podejrzewam,że wielu z nas mięknie na widok małego dziecka:) do póki nie płacze! ;)Antoś na szczeście był radosny. Kasia - w nowej roli cioci, szybko wymiękła, kiedy po pół godzinnym noszeniu mełego na rękach miała skurcz mięsni :) No ale jo już pewnie kwestia wprawy, a początki jak wiadomo nie są łatwe:)

Szamotyły zabrali nas do zamku w Malborku. Okoliczności przyrody były piękne, miejsce urokliwe, takie miłe miasto:)

Obowiązkami dzieliliśmy się na zmianę - raz Piotrek prowadził wózek, raz Kasia, od czasu do czasu tata! Ale to my chcieliśmy nacieszyć się potomkiem Szamotułów.


Antoś na powietrzu ciągle spał, więc spokojnie mogliśmy zwiedzic dziedzinec zamku i pokręcić się po okolicy podziwiając widoki.



O! POBUDKA!


Malbork to stare miasto z klimatem, a zamek pełen tajemnic.
Martę, Andrzeja i Antosia mamy zamiar jeszcze odwiedzić :)...

...choćby dla tego uśmiechu :)

środa, września 03, 2008

Potrzeba pokoju...

Czasem zdarza się, że na naszym blogu pojawia się post zmuszający do refleksji i to właśnie będzie taki post. Czasem pierwiastek filozoficzny (obecny u Piotrka) może mieszać się z wydarzeniami życia i z tej mieszanki powstaje post życiowo-refleksyjny. Jeśli, któryś z naszych czytelników ma ochotę na kilka zdjęć i pogodny opis odradzamy dalszą lekturę i polecamy poprzedni post. A ponieważ refleksje zrodziły się w pokręconym umyśle Piotrka trzeba jeszcze przejść na pierwszą osobę by nie obciążać Kasi i można zaczynać:

Mój mistrz ks. Józef Tischner autor filozofii dramatu mawiał, że filozofia musi odpowiadać na bóle człowieka, bo jeśli tego nie robi jest bliska zdrady. Stąd moje słowa i filozoficzna odpowiedź na ból, który jest doświadczeniem mojej rodziny. Ból, który jest dotyczy wielu rodzin w różnym stopniu. Chodzi mianowicie o skłócenie. Można się śmiać czasem, że potrzeba się pokłócić, żeby móc się potem pogodzić ale są takie kłótnie, które nie kończą się godzeniem a kolejną raną w sercu. Gdy tych ran jest za dużo lub zadana zostaje jedna silna ludzie uciekają od siebie, zamykają się, chcą zapomnieć. A zapomnienie, ucieczka nie goją ran lecz je konserwują. Posłużę się słowami Mistrza: „Krzywda rodzi świadomość krzywdy, świadomość krzywdy pomnaża krzywdy, pomnożona krzywda rodzi odwet, a odwet niszczy przede wszystkim samego skrzywdzonego i tym sposobem prowadzi do jeszcze jednej „śmierci człowieka”” A więc odwet: Jeśli ja zostałem zdradzony to niech każdy będzie. Człowiek zostaje zdradzony (bo to zdrada rani serce) i odpłaca zdradą, odpłacona zdrada pogłębia ranę i mamy błędne koło.

Kto jest winny? Odtwórzymy ten dramat: „To TY jesteś winny!” Albo jeszcze gorsze, bo nieoparte na dialogu: „To on/ona jest winny!”. Za tymi zarzutami powtarzanymi ciągle czai się strach, że to JA jestem winny i te zarzuty muszą ten strach zakrzyczeć. W tym dramacie i na tym błędnym kole dojeżdżamy do sytuacji, w której znajduje się część mojej rodziny. Roma, Romek, Hanka i Michał to osoby dramatu – oczywiście jest ich więcej i przepraszam jeśli je pomijam, wymieniam te osoby, których ból poczułem. Każda z tych osób cierpi i ja sam po ostatniej wizycie u dziadka Romka wyszedłem zasmucony. Kolejny raz traciłem nadzieję, że wszyscy się pogodzą. Moja posępność trzymała mnie do dziś wieczór, do czasu kiedy zrozumiałem czego potrzebuje dziadek i czego potrzebuje każda z osób dramatu. Potrzebują POKOJU, pokoju Ducha. A tu znów wkracza filozofia (dialogu). Duch i wszelka duchowość jest tym, co jest między ludźmi, to Słowo które jest między nami. Nie ma duchowości bez relacji dialogicznej (nieprzedmiotowej) do drugiego człowieka. Duchowość jest tym, co „dla Innego”: litość, współczucie, przebaczenie, bliskość. A to co odbiera nam Ducha jest tym, co jest dla siebie i jednocześnie przeciw sobie: smutek, skarga, podejrzenie, beznadzieja. Mówiąc o spokoju ducha i życząc go czasem ludziom pamiętajmy, że chodzi o spokój, jaki ma człowiek, który ze wszystkimi jest pogodzony.

Zwracam się, więc z apelem do osób dramatu: Taka jest moja odpowiedz na Wasze cierpienie: POKÓJ. Banalne? Łatwo powiedzieć? Oczywiście to samo słowo nic nie zdziała dopóki nie umieści się go jako WARTOŚĆ. Jako wartość powyżej komfortu, pieniędzy czy nawet zdrowia, bo pokój te ostatnie bogato ofiarowuje. Chciałbym (i tego Wam i sobie życzę), żebyście za cel postawili sobie pokój i poszukali do niego środków. Każdy z Was kto zgłosi się do mnie o pomoc w tej sprawie nie tylko otrzyma moje pełne zaangażowanie ale też ucieszy moje serce i tchnie nadzieję.